poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rozdział 19.





Louis.

Nie należę do osób które błagają o wybaczenie płacząc po kątach, ale tym razem zmusiły mnie do tego tony niezapłaconych rachunków na kuchennym stole. Kolejne ostrzeżenie o wyrzuceniu z mieszkania sprawiło, że pocierając zmarznięte, przemoczone dłonie o siódmej rano krążyłem w kółko przez Crossroad Demon czekając na Caldera. Mężczyzna zgodził się ze mną zobaczyć po interwencji Nialla i masie klientów pytających o to, kiedy wracam. Może i jestem skończonym dupkiem, ale jeśli coś mi w życiu wychodzi to właśnie kolczykowanie. Potrzebowałem tej pracy, pieniądze które pożyczałem od znajomych, z którymi zazwyczaj nie zamieniłbym słowa, wisiały nade mną jak kowadło gotowe do urwania się, z każdym telefonem i prośbą o oddanie długu. Nie pamiętam czy kiedykolwiek w swoim życiu zostałem tak beznadziejnie z niczym. Nie było tak źle nawet kiedy przyjechaliśmy z Harry'm do Londynu, nie wiedząc niczego, bo wtedy mieliśmy siebie. Teraz zostało mi błagać o litość siwego gbura, bo nie miałem wyjścia.
Dopalałem ostatnią fajkę która mi została dreptając w kółko po mokrym chodniku kiedy duży, czarny Land Rover zajechał na parking salonu. Nikt jednak z niego nie wysiadł, tylko mrugnęły światła samochodu podświetlając na chwilę deszczową mgiełkę przede mną, więc wywnioskowałem, że ja muszę do niego wsiąść. Wyrzuciłem papierosa i z westchnieniem poczłapałem w tamtą stronę. Przywitało mnie ciepło i jak zawsze bez wyrazu twarz Caldera.

- Przejdę od razu do rzeczy Tomlinson. Jesteś na plusie bo nie znalazłem nikogo kompetentnego na Twoje miejsce. - jego głos był nieprzyjemny, przypominał filmowego mafiozo planującego skok na bank. - Chodzą po mieście jednak słuchy, że dalej zabawiasz się w świecie dających w żyłę, a na to nie mogę sobie pozwolić.
- Nie wiem o czym pan mówi.

Automatycznie na wspomnienie narkotyku poczułem fizyczny ból w każdym mięśniu swojego ciała. Gorąco uderzyło mnie w twarz rozpaloną pięścią i nie mogąc opanować nasilającego się drżenia rąk wcisnąłem dłonie głęboko w kieszenie niebieskiej bluzy. Nie brałem niczego od dwóch dni. To że jeszcze nie czołgałem się po podłodze słysząc nieistniejące dźwięki, było zasługą tylko i wyłącznie ogromnych ilości alkoholu jakie wczoraj w siebie wlałem.

- Louis nie kłam w żywe oczy. Może nie widzisz co się z Tobą dzieje ale mogę się założyć, że każda osoba którą mijasz na ulicy zastanawia się ile dzisiaj wziąłeś i czego. Widziałeś się w lustrze? Kości zaraz przetną Ci skórę, a ja nie mogę takiego kogoś przyjąć. Odstraszysz ludzi.
- To da mi pan tą pracę czy nie? - wypuściłem powoli powietrze zaczynając się denerwować. Po co ten wykład?
- Może masz mnie za sukinsyna - jakby czytał mi w myślach. - ale rozmawiałem z Eleanor, ta z kolei z Niallem.. Powinieneś tego chłopaka całować po rękach, bo on na prawdę dba o Twoją przegraną dupę. Zdecydowałem, że najlepiej będzie dla wszystkich, jeśli wrócisz do pracy i wszystko będzie po staremu. - Czy koleś wie, że to w dużej mierze wina jego córeczki i kochanego zięcia, że jestem w takim bagnie? - Pod jednym warunkiem.
- Słucham.
- Pójdziesz na miesięczny odwyk. - w samochodzie zapadła cisza, która odbiła się wewnątrz mojej czaszki drażniąc myśli.
- Odwyk nie jest mi potrzebny. Nie jestem uzależniony.
- Załatwiłem Ci miejsce w ośrodku, znam Cię już trochę dzieciaku i na prawdę nie chcę patrzeć jak się staczasz. - poczułem jak klepie mnie po kolanie. Automatycznie zdrętwiałem i odsunąłem się. Niech mnie nie dotyka. - Idziesz tam, wychodzisz czysty i zaczynasz pracę. W tym miesiącu ja zapłacę Twoje rachunki, znaj moje dobre serce.
- A co jeśli się nie zgodzę? - w głowie miałem mętlik.
- Możesz już wysiąść z tego samochodu i więcej się tu nie pokazywać.

Dlaczego go to obchodzi? Koleś zadaje sobie tyle trudu bo jestem tak zajebisty i potrzebuje mnie w salonie, Niall na prawdę się za mną wstawił, czy po prostu czegoś chce? Nie mogłem ufać nikomu ale czy miałem inne wyjście? Nic nie było dobrze, zaprzeczałem za każdym razem ale przecież... tak, jestem uzależniony. Pytanie tylko czy chcę z tego wszystkiego wyjść skoro nie mam dla kogo?

- Dobra, wchodzę w to. - odpowiedziałem.

***

Harry.

Odgarnąłem mokre włosy w tył i od razu pognałem do szatni. Rozpadało się już na dobre. Wiedziałem że kilka słonecznych dni było chwilowym błogosławieństwem losu. Ostatni huragan odwiedził nas na wiosnę ale czułem w kościach, że nie skończy się na przelotnej burzy. Niebo zaciągnęła szara, kotłująca się płachta, wisząc nad nami jak wyrok zagłady. Nigdy nie lubiłem takiej pogody, jak każdy, nie byłem przygotowany na wyrządzone straty, które z pewnością miały nastąpić. 
Z ulgą zdjąłem kurtkę, która zdążyła przesiąknąć deszczem podczas pokonywania krótkiego dystansu od taksówki do drzwi budynku. Na stopy wsunąłem bliżej nieokreślone kształtem, szmaciane białe buty i jak co tydzień, byłem gotowy do spotkania. Tym razem jednak wiedziałem. Przyznał się, a jego słowa wciąż kołatały w mojej głowie. 

- Co to było do cholery? - Perrie znikąd wyłoniła się zza mojej szafki gwałtownie ją zamykając.
- A mówisz o..? - spojrzałem na nią unosząc brwi, dobrze wiedząc jednak co ma na myśli.
- Po co przyszedłeś? Pytałeś kogokolwiek czy możesz zabrać go na zewnątrz? Kto Cię w ogóle wpuścił, nie jesteś jego rodziną..
- Shh.. - wymuszając arogancję przytknąłem palec do jej ust. - Za dużo pytań. - nie miałem ochoty się tłumaczyć, chciałem odejść ale złapała mnie za ramię i pociągnęła mocniej, niż powinna.
- Nie odwracaj się do mnie tyłem, nie skończyłam.

Skrzyżowałem ręce na piersi czując jak napinają się wszystkie mięśnie. Miałem za sobą ciężki piątek pracy po godzinach, sprzątanie hurtowni po pęknięciu rury zajęło nam dłużej niż przypuszczaliśmy. Zawieszony serwer, trudności z zapłaceniem czynszu, wyprawa do bankomatu w strugach deszczu, rozdarcie się na środku przejścia torby z zakupami i stracenie pod kołami pick-upa kilku bułek, do tego zasypianie przy akompaniamencie imprezujących na górze sąsiadów. Na prawdę nie miałem ochoty na bezsensowne kłótnie z Edwards. Chciałem już go zobaczyć i znów poczuć jak wirowanie w głowie zwalnia tempa pod wpływem jego dotyku.

- Nie mów mi, że Cię nie ostrzegałam. Zayn nie jest kimś, kogo zabierzesz na romantyczny spacer, kolację, do domu i będziecie razem długo i szczęśliwie. Nie chcę żebyś go ranił odchodząc, bo my tutaj z nim zostaniemy i to my będziemy musieli radzić sobie z jego załamaniem.
- Przepraszam Perrie ale chyba coś źle zrozumiałem. - narastała we mnie irytacja. - Z tego co się orientuję w tytule dokumentów budynku widnieje napis zaczynający się od "Szpital Psychiatryczny.." - przechyliła głowę zaskoczona moim tonem. - Może się mylę, ale w szpitalach zazwyczaj robi się wszystko, żeby pacjentów wyleczyć. - położyłem nacisk na ostatni wyraz. - Skoro zakładasz, że Zayn nigdy stąd nie wyjdzie, może powinniście zmienić nazwę na "Zbiorowisko tych, których naszym zdaniem nie da się wyleczyć."
- Wiesz, że nie o to mi chodziło. Marzę o tym, żeby każdy nasz pacjent mógł wrócić do domu zdrowy, włącznie z moim bratem. - Gdybym nie był zły za to co powiedziała o Zaynie poczułbym teraz się źle. Ona też kogoś tutaj miała. - Co mogę zrobić jeśli ktoś nie ma ochoty być wyleczonym?
- Może masz złe metody. - pretensjonalność w jej głosie wygasała więc i ja postarałem się nieco opanować. - Co jeśli znam sposób żeby mu pomóc. Co jeśli sam potrafi sobie pomóc, wystarczy dać mu na to szansę.
- Harry, chcesz żeby wyszedł, żeby był z Tobą.. Będziesz w stanie udźwignąć wszystko co zostało zniszczone przez tyle lat? - kiedy lekko niepewnie, twierdząco skinąłem, luźno zwiesiła ręce wzdłuż ciała i widocznie zrezygnowana udała się w stronę wyjścia. - Mogę tylko życzyć Ci powodzenia.

Opuściła pomieszczenie, ja stałem tam jeszcze przez dłuższą chwilę wsłuchując się w ogarniającą mnie zewsząd ciszę.
I w tym jedynym momencie się zawahałem. Odwrócić się i odejść.
Zamiast tego poszedłem do windy i odpędziłem dręczące myśli starając się wsłuchać w wiatr dmący za oknem w gałęzie drzew.

***

Przekręciłem klucz w zamku i uśmiechnąłem się wchodząc do małego pomieszczenia. Siedział na łóżku i machał bosymi stopami centymetr nad podłogą. Było w jego postawie coś, czego nie dostrzegałem do tej pory. W jego oczach odnalazłem intrygującą, elektryzującą nutkę. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, coraz pewniej się uśmiechając aż w końcu nie wytrzymałem i podnosząc go do pionu za ramiona pocałowałem go. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może zrobiłem to zbyt szybko i mogłem go jakoś wystraszyć, kiedy poczułem jak wzdryga się zaskoczony. Na szczęście  przewrażliwienie zniknęło kiedy dotykając mojej twarzy oddał pocałunek wplatając powoli palce w  mokre jeszcze, włosy. Chwyciłem jego dolną wargę delikatnie zębami i pociągnąłem usatysfakcjonowany słysząc jego cichy śmiech, zapisując go w głowie. Trwaliśmy w naszym małym, bezproblemowym światku przez zdecydowanie zbyt krótką chwilę, ale czy mogłem prosić o więcej?

Wichura za oknem z każdą minutą przybierała na sile i świetlica nie wyglądała dziś tak jak zazwyczaj. Pielęgniarki w większości pozamykały pacjentów w ich pokojach, zostawiając ich na pastwę strachu, albo obserwowały jak zwinięci w kłębek na materacach trzęsą się. Gdzie wesołe, lekko przerażające i niezrównoważone, ale jednak pogodne śmiechy i rozmowy?
Na prawdę wątpiłem w jakiekolwiek kompetencje tych ludzi. Powinni się nimi zajmować, a nie patrzeć z niewzruszoną twarzą na to, jak ci płaczą w kącie cicho jęcząc.
Sam nie byłem w stanie zostawić Danielle, która odkąd otworzyłem drzwi do jej pokoju uczepiła się mojego ramienia i odeszła tylko do łazienki. Było prawie zupełnie ciemno przez chmury zasnuwające każdy milimetr nieba. Co jakiś czas pokój rozświetlało jasne światło błyskawicy, poprzedzające wywołujący dreszcz grzmot. Za każdym razem Dani coraz bardziej się trzęsła. Usadowiłem się w jednym z foteli i biorąc dziewczynę na kolana przytuliłem ją, pocierając bez przerwy jej ramiona. W głębi ducha byłem dumny z tego, że zaufała mi na tyle i potrafiłem ją uspokoić.
Oczywiście byli też tacy pacjenci którzy nie bali się szalejącej na zewnątrz burzy, albo po prostu nie byli jej świadomi, zamknięci w swojej bajce rutynowych czynności. Mała grupka gdzieś po drugiej stronie sali grała przy stole w Monopoly, z kobietą siedzącą przy nich i pilnującą alby nie połykali pionków. Starsze osoby na swoich wózkach po prostu patrzyły w ścianę albo cicho rozmawiały. Nawet Cecilia wydawała się nie słyszeć złowrogiego pomrukiwania natury i szumu szorującego o budynek deszczu. Z dwójką innych kobiet, które wydawały się mieć, podobnie jak ona, umysł pięciolatek, podkradały farby Zayna i malowały na ścianie.. która ostatnio pozostawała pusta. Nie malował, nie mam pojęcia dlaczego.
No właśnie, Zayn. Odkąd tutaj przyszliśmy ulokował swój wzrok w tym, co działo się za szybą i nie wiem czy ruszył choćby o milimetr. Postanowiłem nie przeszkadzać mu w jego rozmyślaniach, chociaż nawet pocieszając Danielle nie mogłem oderwać od niego wzroku i przestać zastanawiać się, co mu chodzi po głowie. Kiedy w końcu po jakiejś godzinie dziewczyna szepnęła mi z lekkim uśmiechem, że się nudzi, dołączy do koleżanek "a burza wcale nie jest już taka straszna", postanowiłem zakłócić jego spokój. Podszedłem powoli, pilnując się, żeby nie objąć go czy nie pocałować na oczach innych. Nie żebym specjalnie musiał się ukrywać, ale jednak byłem tutaj tymczasowo pracownikiem, a romanse z pacjentami chyba nie są akceptowane i zupełnie legalne. Stanąłem obok i spojrzałem na jego twarz którą w tym samym momencie rozświetlił blask pioruna. Opierał dłonie o parapet i powoli przebierał palcami, jakby coś pisząc, lub po prostu kreśląc przypadkowe wzory, ale wyglądało to upiornie w połączeniu z szumem dużych kropel bijących o szybę, rozmazujących obraz za oknem.
Podczas kolejnego silnego grzmotu szkło delikatnie zadrżało, znów błyskawica.

- Tak bardzo fascynuje Cię burza? - zapytałem lekko się uśmiechając na widok jego skupionej twarzy.
- Hm? - zamrugał nagle, obdarzając mnie krótkim spojrzeniem, jakby nie zauważył wcześniej mojej obecności. - A Ciebie nie? Jest piękna.
- Nie specjalnie. Nie pociąga mnie oglądanie deszczu. -uśmiechnąłem się krzywo pod nosem. - Za kilka godzin będę musiał tam wyjść i jak nie przestanie padać zmoknę i zmarznę. Nic pięknego w byciu chorym na następny dzień, a to mam gwarantowane przy takim przewianiu.

Oparłem się ramieniem o jego ramie, mając nadzieję że nikt tutaj nie okazuje nam specjalnej uwagi, żeby zauważyć jego odzywanie się. Wciąż nikomu się nie przyznałem, chociaż wiem że powinienem, szczególnie jeśli chcę go stąd wyciągnąć. Bo chcę, prawda?

- Burza to taka.. mała zagłada natury zsyłana przez bogów, nie sądzisz? - przeszedł mnie dreszcz kiedy splótł nasze palce na zimnym parapecie. - Jakby potrzebowała oczyszczenia za wszystkie swoje grzechy w słoneczne dni.
- Myślisz, że kilka cieplejszych promieni i danie chwilowej radości na tej chorej planecie to przewinienie warte chłosty zimnym deszczem? - kochałem jego filozoficzne przemyślenia, choć często czułem się wtedy zbyt prosty, żeby je zrozumieć.
- Chciałbym kiedyś znaleźć się w środku burzy. - nie odpowiedział na moje pytanie, przyłożył wolną dłoń do szyby. - Chciałbym tak zmyć z siebie wszystkie grzechy.
- Obawiam się, że na te które nie dają spać po nocach nie ma prostego sposobu. - poczułem jak moje gardło ściska się na dźwięk smutku w jego głosie.

Odpowiedział mi. Może nie do końca tego oczekiwałem kiedy pytałem, dlaczego podpalił swój dom, ale uzyskałem odpowiedź. Właściwie czego mogłem oczekiwać, byłem w szpitalu psychiatrycznym nie na wakacjach. Zrobił to specjalnie. Chciał żeby zginęli. Spokój w jego głosie kiedy to mówił powinien wywołać we mnie strach, że trzymam w ramionach psychopatę wylegując się z nim na trawie.. ale nie myślałem tak o nim nawet przez sekundę. Wyjaśnił mi jak bardzo ich kochał. Chciał ich szczęścia mimo wszystko. Za tymi zabójstwami nie krył się żaden chory motyw, przynajmniej tak mi powiedział. Stało się. Głupia wymówka w tak poważnej sprawie ale.. Nie planował tego, nie cieszyło go to, nie miał zamiaru zrobić tego ponownie.. przynajmniej tak uważał teraz. W chwili kiedy polewał poduszki w salonie podpałką do grilla, kiedy wszyscy spali, nie był do końca sobą i wszystko było inaczej. W tę środę usłyszałem więcej prawdziwego Zayna niż ktokolwiek wcześniej. Opowiedział mi o swoich wizytach u psychologa, napadach paniki i agresji nad którymi nie mogła zapanować cała jego rodzina. Opowiedział o wielu sytuacjach kiedy przytrzaskiwał sobie palce drzwiami tylko żeby poczuć ból, o tym jak wiele razy podpalał się zapalniczką, wdawał się w bójki czy podtapiał kolegów nad jeziorem. Nikt nie potrafił mu pomóc, nawet psycholog, a kiedy rodzina postanowiła "gdzieś go oddać", jak to określił, wpadł w szał i nawet nie pamięta kiedy to się stało, wiedział że czuł żar kiedy uciekał.
W końcu i tak trafił do ośrodka i nie ma z niego wyjścia, ale czy żałował, kiedy wtedy nie był sobą i nie wiedział co robił?
Może był to inny Zayn, którego udało się wytępić silnymi lekami i terapiami, a teraz stoi obok mnie zraniona dusza, która potrzebuje mojej pomocy?
Powinienem się bać, chociaż trochę do niego zrazić ale.. Wszyscy jesteśmy nienormalni. Niektórzy po prostu sobie z tym nie radzą, a kiedy Demon przejmuje kontrolę czy można winić kogoś za słabość w tym momencie, do końca życia?
Może i był chory psychicznie, ale taka wersja jego osoby przyciągała mnie do siebie czymś niewytłumaczalnym. I miałem w tym momencie gdzieś, czy obserwuje nas ktokolwiek, ująłem jego twarz pod brodę i pocałowałem go, nie chcąc zastanawiać się nad niczym.

______________________________________________________________

Witajcie kochani! ♥ Wiem, znów kazałam czekać długo, ale tym razem myślę, że było warto. Jestem dumna z tego rozdziału, wyszedł jakiś, mam nadzieję, że wybaczycie mi tę nieobecność.
W końcu poznaliście odpowiedź na "Dlaczego Zayn podpalił dom". I może was trochę zawiodłam bo oczekiwaliście jakiegoś spektakularnego rozpierdolu rodzinnego.. Zayn jest chory psychicznie. Oto co się stało.

Jak minęły wam święta i sylwester? :) Powrót do szkoły nas zabije. Eh.
Jakieś postanowienia noworoczne? Ja takich nie posiadam ale chętnie posłucham.
Do następnego ♥

Dziękuję za 21K wyświetleń i tyle komentarzy.

Nie biorę udziału w liebster award więc proszę nie nominujcie mnie pod każdym rozdziałem. 

+ jeśli chcesz być informowana o rozdziałach zostaw nazwę twittera w komentarzu

12 komentarzy:

  1. Aww cudo*___* kocham kocham to<3 niech on go już uwolni i będzie ok;)czekam na kolejny ;*
    szkoła ;( święta oki i sylwester :) @nxd69

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział bardzo mi się podobał był taki...nastrojowy ta burza i w ogóle...przemyślenia Zayna...Harry.
    Biedny Louis mam nadzieje, że się po tym pozbierze.
    Dziękuje za rozdział, weny życzę x

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jest cudowny, "nastrojowy ta burza i w ogóle..." :)
    Mam nadzieję że z Lou będzie wszystko dobrze.
    Tak samo z Zarry'm. Niech się już wszystko poukłada.
    Chociaż znając życie czekają na nich jeszcze jakieś przeszkody.
    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału :) /@zosia_official

    OdpowiedzUsuń
  4. Oh, mój Lou. Jestem szczęśliwa, że był w tym rozdziale, ale o tym już wiesz. Poza tym ja dużo wiem i dużo rozmawiałyśmy, więc nie będę się tu produkować za wiele, bo cisną mi się tylko takie rzeczy, o których nikt nie może wiedzieć. Zjada mnie ciekawość jak to się potoczy z tym Zarrym, czy faktycznie dojdzie do tego wyciągnięcia go z psychiatryka no i jak Harry wyobraża sobie życie u boku osoby, która nie jest w stanie kontrolować samego siebie, bo myślę, że Zayn nie jest na tyle "wyleczony". Ja wiem, że ty coś dopierdolisz.. Zawsze to robisz, a moje biedne serce płacze :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak zawsze komentuję z opóźnieniem, ale szkoła... Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
    Rozdział cudowny. Tak nastrojowo, burza i w ogóle, aw.
    Nie, nie zawiodłaś mnie, bo wcale nie spodziewałam się "spektakularnego rozpierdolu rodzinnego". Szczerze to nawet spodziewałam się, że Zayn jest po prostu chory.
    Cieszę się, że Lou idzie na odwyk. Mam nadzieję, że będzie z nim lepiej. Aczkolwiek pewnie będzie próbował odzyskać Harry'ego... a to chyba nie może się dobrze skończyć.
    Jestem cholernie ciekawa jak to się wszystko dalej potoczy.

    Ok, już nie zanudzam xD
    Do następnego,
    @fabrookslut

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej chciałam Cię jeszcze tylko powiadomić, że zmieniłam username z @Iam_Sociopath na @Cipersoooon ;)

    pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kocham ten rozdział tak samo jak wszystkie ! Dziewczyno masz ogromny talent. :* Czekam na następny bo warto ❤ Najlepsze opowiadanie o Zarry'm jakie czytałam :) / @swettycupcakes

    OdpowiedzUsuń
  9. @curls_mero
    Super piszesz. Jest to moj pierwszy blog z bromance ale jest fajny. To co piszesz jest takie głębokie. A mnie nie zawiodlas motywem Zayn'a co do podpalenia domu. Właśnie czegos takiego sie spodziewalam to fajne. Powiadom mnie na TT jak juz dodasz rozdzial

    OdpowiedzUsuń
  10. [SPAM]

    http://one-two-three-you-die.blogspot.com/

    Danielle, Harry, Josh, Taylor, Calum, Niall, Eleanor, Michael, Louis, Luke, Perrie, Liam, Ashton, Jade oraz Zayn chodzą do najbardziej znanej i polecanej szkoły w Londynie, inaczej mówiąc do London University on the Gold Street. Do tej samej placówki uczęszcza niejaka Ashley Benson, dziewczyna wyśmiewana, szykanowana i mieszana z błotem. Od zawsze była obiektem drwin i zaczepek. W 2012 roku w ostatni dzień wakacji Perrie oraz Zayn organizują imprezę na uczczenie minionych dwóch miesięcy. Za namową Jade oraz Taylor zjawia się tu również kilka innych osób a nawet..Ashley. Kilka minut przez zakończeniem 'dyskoteki' panna Benson zostaje publicznie upokorzona. Na jej głowie ląduje wielki tort, zostaje obrzucona pierzem oraz wepchnięta do basenu. Blondynka nie wytrzymuje i gdy tylko opuszcza wodę wykrzykuje każdemu to co o nim myśli. Mówi to co kumulowała w sobie od prawie trzech lat. Kilka minut później rzuca się biegiem i opuszcza posesje Malika. Staje na ulicy i na jej nieszczęście nie zauważa czarnego Land Rovera, którym przyjechał lekko spóźniony Harry oraz Niall. Dziewczyna po kilku sekundach leży przygnieciona kołami. Całe towarzystwo wpada w panikę, kilka osób już uciekło z miejsca wypadku. Louis oraz Zayn pod wpływem strachu pakują ciało blondynki do auta i z procentami we krwi jadą do lasu. Przy Tamizie cała piętnastka przyrzeka że zostanie to ich tajemnicą. Liam oraz Josh wrzucają poharatane zwłoki do lodowatej wody. Ostatni raz patrzą za siebie i wracają do swoich aut. Ashley Benson zostaje uznana za zaginioną.
    Rok później, pierwszego września odbywa się rozpoczęcie roku szkolnego. Od razu po zakończeniu dnia cała paczka przyjaciół umawia się na wypad za miasto na następny tydzień. Gdy wszystko jest ustalone Josh jako pierwszy opuszcza mur szkolny. Przechodzący przez ulice chłopak nie zauważa pędzącego ciemnego auta i zostaje potrącony. Sprawca wypadku ucieka, zostawiając bruneta samego sobie. Każdy wpada w szał. W tym samym czasie Louis, Ashton, Danielle, Taylor, Harry, Michael, Niall, Luke, Eleanor, Zayn, Calum, Jade, Liam oraz Perrie dostają anonimowego sms'a.
    "Jeśli nie chcecie by was spotkał taki los miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Każdy dzień może być waszym ostatnim. ~A.
    Ps. Wiem co stało się rok temu."
    Na początku każde z nich uznaje to za zwykły żart a śmierć swojego przyjaciela za zbieg okoliczności. Jednak niewyjaśnione wypadki i morderstwa przekonują nastolatków że to nie tylko zwykły zbieg wydarzeń. To walka o życie i odkrycie prawdy.

    Zapraszam, mam nadzieje że się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  11. matko na poczatku przepraszam ze komentuje dopiero teraz, odlozylam sobie ten rozdzial na potem a potem zapomnialam o nim, potem awaria wifi w domu... no ale juz przystapiam do komentowania rozdzialu! :)
    Takie fajne uczucia wzbudzil we mnie ten rozdzial kiedy go czytalam, nawet nie potrafie tego wyjasnic. Lubie jak Zayn mowi, jak mowil o tym podpaleniu i w ogole.
    No, lece czytac nastepny rozdzial! :) xx

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń