niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział 17.





     Niestety warunki pogodowe pokrzyżowały moje plany, co do powrotu do Londynu zaraz po pogrzebie. Całe Yorkshire sparaliżował huragan wiszący nad nami w burzowych chmurach. Deszcz nie padał w linii prostej ale rozwiewany silnymi podmuchami uderzał chaotycznie w szyby. Sparaliżowana komunikacja miejska zmusiła mnie do spania w domu, do którego już nigdy nie zamierzałem wracać. Gemma od razu po przekroczeniu progu zniknęła w sypialni więc, widocznie zakłopotany, Freddie zaprosił mnie na górę.
Właściwie nie wiem czego się spodziewałem. Że mój pokój wciąż tam jest, nienaruszony? W głębi ducha bałem się wejść do pomieszczenia w którym codziennie wylewałem żale w poduszkę albo wyładowywałem agresję na tym co wpadło mi w dłonie. Bałem się zobaczyć zdjęcia stojące na szafce przy łóżku i zasłony, wiele razy padające ofiarami moich ucieczek z domu. Kiedy Jones otworzył drzwi powitało mnie ciepłe, beżowo-brązowe wnętrze gabinetu. Sofa i wysoka biblioteczka po jednej stronie, na przeciwko biurko, regał na papiery, poumieszczane chronologicznie w segregatorach i ogromna drukarka. Może to i lepiej.

- To moje biuro - zaczął Jones. - Myślę, że ta kanapa jest dłuższa niż ta w salonie, na pewno wygodniejsza. Masz tutaj koc. - podał mi kraciaste zawiniątko i wycofał się z lekkim uśmiechem. - Gemm wolałaby gdyby nie było Cię tutaj już o ósmej.
- Dzięki Freddie. - uścisnąłem dłoń mężczyzny wzdychając i zostałem sam, wpatrując się w dębowe drzwi.

     Stąpałem powoli, boso po schodach, nie chcąc obudzić Gemmy i jej męża. Z barku w salonie porwałem butelkę jakiegoś nieznanego mi z nazwy trunku i udałem się do pomieszczenia w którym miałem spędzić tę noc. Owinąłem kocem nogi i w pozycji półleżącej otworzyłem butelkę. Pociągnąłem pierwszy łyk cierpko smakującego alkoholu wpatrując się w żywioł szalejący za oknem. Gałęzie drzewa którego kiedyś używałem jako drabiny obijały się o szybę, wydając nieprzyjemne dźwięki. Błyskawica rozdarła niebo, a w mojej głowie pojawiła się myśl której unikałem odkąd przyjechałem. Myśl której unikałem odkąd skończyłem piętnaście lat, ta która doprowadziła mnie do każdej życiowej porażki, sprawiła że byłem bezużyteczną porażką. Tak bardzo starałem się z tym walczyć. Dlatego bałem się przyjazdu w to miejsce. Mimowolnie otwierałem kolejne szufladki ze wspomnieniami kartkując niewygodne myśli.

Ta noc też była deszczowa. Wiało niemiłosiernie i Anne nie chciała brać małego, żeby się nie przeziębił. Mój młodszy brat Tony miał wtedy jedenaście miesięcy, a ja byłem cholernie przerażonym prawie-piętnastolatkiem który musiał zostać z nim sam w domu. Gemma miała jakiś szkolny występ i mieli wrócić dopiero po 21, nie chciałem być sam tak długo. Nie lubiłem być wtedy sam, dlaczego kazali mi zostać? Pamiętam jak wściekły wtedy byłem i z jaką złością patrzyłem w okrągłe, zielone oczy brata, który niewiele rozumiał. Tony, cudowne, pulchne dziecko które jedyne czego chciało, to pluszowy miś o imieniu Jal i głaskanie go po falowanych włoskach. Wszyscy mówili że jest podobny do mnie, bardziej niż do kogokolwiek innego. Był cudowny. Nigdy nie zadawał pytań i uważał że jestem najlepszy na świecie. Tego wieczora mi to nie wystarczyło i patrząc na niego wilkiem zadzwoniłem do Lou, żeby zaprosić go na seans filmowy.
Co mogło pójść nie tak? Wsadzę malucha do kojca, dam mu jedzenie, zrobimy z Tommo popcorn i obejrzymy jakieś głupie komedie. Niestety Louis miał inne plany. Już w progu powitał mnie pocałunkiem i wyczułem na wargach alkohol. Z początku byłem na niego zły, patrząc jak rozbija się po kuchni przygotowując nam jedzenie, kiedy ja karmiłem Tony'ego. Oczywiście, że przyniósł ze sobą wódkę. Wtedy jeszcze niewprawiony w piciu nie potrzebowałem wiele i po jednym drinku byłem rozluźniony na tyle, by nie przejmować się wypiciem większej ilości i sprzątaniem przed powrotem rodziców. I to był błąd. Największy błąd mojego życia bo jakimś cudem Tomlinsonowi udało się we mnie wlać tyle trunku, że zapomniałem o bożym świecie i w połowie filmu zaciągnąłem go do swojego pokoju, zostawiając brata samego na dole. Mały który codziennie nas zaskakując próbował sił w chodzeniu coraz śmielej, postanowił nas poszukać, spinając się po schodach. Nie płakał. On nigdy nie płakał, zawsze czekał albo szukał kogoś, kiedy był sam choć na chwilę. Miał to po mnie, nie mógł być sam, wiedziałem o tym. Może gdyby wtedy zaczął płakać jakimś cudem byśmy go usłyszeli i wszystko potoczyłoby się inaczej?
Kiedy byłem w trakcie ściągania koszulki z Lou usłyszeliśmy głuche uderzenie. Nie jedno, kilka, coś z dużą siłą, szybko uderzało o kolejne schody i na końcu dobiegł nas dźwięk tłuczonego szkła stolika po przeciwnej stronie schodów. I wtedy nawet szybkie otrzeźwienie nie pomogło. Nie pomógł krzyk, łzy, karetka, nie pomogło nic. A ja codziennie wychodząc po schodach myślałem o tym, jak zabiłem swojego małego braciszka.
Codziennie nikt nie dawał mi o tym zapomnieć. Pamiętam do dziś wyraz twarzy rodziców i pisk Gemmy kiedy wrócili do domu zastając na podjeździe ambulans. Pamiętam płacz przez wiele tygodni i pamiętam ból który wisiał w powietrzu. Oczywiście "nieumyślne spowodowanie śmierci" i kurator nie były dostateczną karą według całej mojej rodziny, nikt nie dawał mi zapomnieć o tym, jak bardzo beznadziejny byłem. Nikogo nie obchodziło, że świadomość tego co zrobiłem doprowadzała mnie do szaleństwa, dobijali mnie codziennie, coraz bardziej. Nie było dnia kiedy nie widziałbym rozczarowanych spojrzeń, nie było nocy której nie dusiłbym się łzami w swoim pokoju. Nie było chwili w której bym nie żałował. I mógłbym zwalić winę na Tomlinsona, który wtedy mnie upił, ale nie umiałem. Bo gdyby nie on zniknąłbym z tego świata kilka dni po śmierci Tony'ego. Ale mnie uratował, zawsze mnie ratował, zawsze był. Nocował u mnie kiedy zostawiali mnie samego udając się na święta do dziadków, pocieszał mnie gdy znów słyszałem jak jestem beznadziejny i chodził ze mną co miesiąc zanieść kwiatki na grób. To on sprawił, że w końcu odciąłem się od wszystkiego wyjeżdżając do Londynu...
Niestety nawet on nie mógł wymazać demonów które we mnie siedziały. Nikt nie mógł, a ja sam radziłem sobie tylko dlatego, że częściej po prostu nie czułem nic. Nie ma uczuć, nie ma bólu.
Dużo łatwiej było uciec nie wracając tutaj myślami, dużo łatwiej było żyć nie myśląc w każdej sekundzie, że to moja wina.
I teraz znów tutaj jestem, upijam się, wycieram łzy zalewające twarz i myślę jak wyglądałoby moje życie gdybym tego dnia, po prostu, odpuścił sobie bycie złym na cały świat nastolatkiem. Gdybym, po prostu, wsadził go do tego pierdolonego kojca. Miałby dziś.. sześć lat? Pytał czy pójdę z nim na boisko pograć w piłkę, albo poczytam mu bajkę.
Zamiast tego wszyscy mamy dziurę w sercach której nie da się zasklepić. Zamiast tego mam poczucie winy i nie mogę obwiniać ich za to, że mnie nienawidzą.

***

Byłem wdzięczny Nickowi że przez cały tydzień zgarniał mnie z hurtowni i pomagał urządzać się w nowym mieszkaniu. Właściwie kawalerce w której nie było nic do urządzania, ale lubiłem jego towarzystwo podczas oglądania durnych programów na ekranie trzydziesto calowego telewizora, z piwem w ręku. Codziennie dziękowałem mu, że pomógł mi znaleźć swój kąt tak blisko miejsca pracy, że mogłem zaoszczędzić na taksówce i nerwach Liama, który wiecznie musiał na mnie czekać. Miałem swój własny pokój z częścią kuchenną, salonem w którym stała rozkładana, wygodna sofa i łazienkę tak małą że ledwo mieścił się w niej prysznic. Nie ważne, bo to było moje.. za 50 funtów tygodniowo nie wymagałem niczego więcej. Całe to zamieszanie z przeprowadzką i kilka wizyt w klubach z Nickiem pozwoliło mi otrząsnąć się ze wspomnień męczących mnie w Doncaster i znów stać się tym Harrym którego wykreowałem w Londynie. Tym który nie pamiętał. Tym który miał nowe plany.

Poranek był dziś gorący więc naciągnąłem na biodra dżinsowe spodnie przed kolano i białą koszulkę. Dawno nie widziałem takiej pogody, słońce szczypiąc wbijało się w kolejne warstwy skóry a wszyscy Londyńczycy w końcu wyszli z domu. Sobota idealna, którą spędzić miałem w zimnych murach szpitala. Po ostatnim incydencie nie wiedziałem jak się zachować kiedy narzuciłem na ramiona biały fartuch, a do pomieszczenia wparowała Perrie.
Bałem się kiedy otworzyłem drzwi do pokoju Zayna i okazał on się pusty. Na szczęście niepokój nie trwał długo. Powitała mnie trójka, siedząca przy tym co zawsze stoliku. W momencie kiedy usiadłem całą uwagę zagarnęła moja nowa podopieczna Cecilia. Opowiadała przeróżne historie tak przekonująco, że gdybym nie był w psychiatryku, pewnie bym uwierzył. Pomiędzy wtrącaniem jak bardzo jej się podobam poinformowała mnie między innymi, że ma dwadzieścia siedem lat, jest dziewicą, lubi brazylijskie telenowele, smak pieprzu na języku i odgłos spadającego na cztery łapy kota. Przynajmniej Danielle wydawała się przy niej jakaś taka.. weselsza i mniej przestraszona.
Próbowałem w przerwach rozmowy z Cecilią analizować zachowanie Zayna, ale przez cały dzień doprowadzał mnie do szału swoją nieobecnością. Patrzył ciągle w jeden punkt, jego ruchy były spowolnione.. Zachodziłem w głowę czy to efekt uboczny leków które doprowadziły go tydzień temu do nieprzytomności, czy Ed obserwujący go z drugiego końca sali z plastrem na nosie, czy po prostu znów odpłynął do swojego świata gdziekolwiek to było. A ja nie byłem w stanie przestać myśleć o naszym pocałunku. Nie mogłem zapomnieć uczucia jego ciepła, desperacji w każdym dotyku, jakby błagał o pomoc.
Godziny dłużyły się jak cała wieczność kiedy w końcu odprowadziłem dziewczyny na terapię grupową. Nareszcie mogłem zostać z nim sam. Chcąc choć trochę go rozweselić zabrałem go do świetlicy i siadając na materacach chwyciłem gitarę. Specjalnie wybrałem się dzień wcześniej do sklepu muzycznego i poprosiłem, czy mogę pograć na jednej z nich, żeby przypomnieć sobie Iris - The Goo Goo Dolls. Z ulgą obserwowałem jak lekko się uśmiecha powracając do świata żywych kiedy lekko nieporadnie śpiewałem "I just want you to know who I am". Uwielbiałem widzieć go tak zasłuchanego, kiedy naciągał rękawy i odgarniał dawno nie strzyżone włosy z czoła. Mógłbym patrzeć na niego godzinami. Szkoda że znałem góra dziesięć piosenek i kiedy ta szybko się skończyła nie mogłem znieść jego palącego wzroku. Melodia ucichła i ogłuszyła mnie dzwonienie w uszach. Brązowe tęczówki lustrowały mnie tak uważnie, że w końcu nie wytrzymałem. Przemyślałem wiele podczas nieprzespanej nocy w Doncaster i nie mogłem dłużej trzymać w sobie tego co czuję.

- Wiem że to byłeś Ty. - powiedziałem w końcu. - Wiem że podpaliłeś dom, Perrie mi powiedziała. - zobaczyłem jak kiwa głową przecząco ale w oczach nie dostrzegłem najmniejszego przekonania. - Nie kłam, nie musisz. Nie obchodzi mnie to. Trochę żałuję że nie powiedziałeś mi prawdy ale.. - spojrzał w dół na swoje dłonie które teraz nerwowo przebierały w powietrzu. - Nie obchodzi mnie to co zrobiłeś bo wiem, że nie jesteś złym człowiekiem. Musiałeś mieć powody... jakieś.. Kto jak kto, ale ja nie mam prawa oceniać Cię i obwiniać za czyjąś śmierć.

Znów cisza. CiszaCiszaCisza. Niecierpliwiąc się wstałem i zacząłem krążyć po pokoju odrzucając gitarę na materace. Cisza. Nie. Nie wytrzymam tego dłużej, prędzej zwariuję. Nie wyjdę stąd dopóki nie porozmawia ze mną.

- Błagam odezwij się bo zwariuję. - wplotłem nerwowe palce we włosy. Nic. - Może chcesz napisać? Nie wiem... boli Cię gardło od długiego nie mówienia czy coś? Kurwa powiedz mi coś bo oszaleję. - nie uzyskałem znów żadnej reakcji oprócz przenikliwego wzroku i odwróciłem się od niego. Nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy i powiedzieć tego, co miałem zamiar. - Jak możesz tak znęcać się nad kimś kto jest w Tobie zakochany?

Poczułem jak moje policzki płoną. Dużo myślałem. Może nawet za dużo, nad tym czy jestem pewien, jak mu to powiem, i czy powinienem, a teraz czułem się.. jakbym stał przed areną ludzi, a nie przed kimś kto jeszcze tydzień temu przypierał mnie do ściany całując. Nie wiem czego się spodziewałem i moje mokre od potu dłonie chciały złapać za klamkę i pozwolić mi opuścić pomieszczenie. A może znów spodziewałem się ciszy?

- Zakochany? - po pomieszczeniu rozszedł się ciepły dźwięk.. zachrypnięty ton wyrażający zaskoczenie.

Głos Zayna. Jedno słowo. Myślałem że zemdleję. Poczułem łzy w kącikach oczu i odwróciłem się. Pewnie wyglądałem żałośnie z szerokim uśmiechem który wstąpił na moją twarz, ale nie mogłem uwierzyć że chłopak który właśnie podnosił się z podłogi, brzmiał tak cudownie. To banalne, ale jego głos był złotem. Płynnym złotem które chciałem słyszeć cały czas.

- Cholera odezwałeś się. - nie kontrolowałem tego, że mój głos był o ton wyższy i zabrzmiałem komicznie.

Jego cichy śmiech.

- Odpowiedz.

_________________________________________________________________


Witajcie. Jak mijają wam smutne, depresyjne, listopadowe wieczory? Mam nadzieję że jeden z nich trochę zajął mój rozdział i mam też nadzieję dodać kolejny wcześniej. Nadmiar wolnego czasu mnie zabija, ale na opowiadanie chyba podziała dobrze. Smutny pisarz to dobry pisarz... czy coś.

Czy tak wyobrażaliście sobie historię Harry'ego? Pewnie nie bo ja sama jestem nią zaskoczona. ha.
mile widziane komentarze xx

+ jeśli chcesz być informowany o rozdziałach na bieżąco, zostaw nazwę twittera w komentarzu! ♥


11 komentarzy:

  1. Ja płaczę! Kocham ❤ życzę weny
    Czekam na next ❤
    @agusia5757

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurwa.
    Sama nie wiem co myśleć o historii Harry'ego. To cholernie smutne. Nie umiem nic więcej na ten temat powiedzieć. Po prostu mnie zdziwiłaś, oh god.
    Ten moment kiedy Harry wyznał Zaynowi, że jest w nim zakochany... wow. Wyobrażałam to sobie inaczej, ale w sumie ten sposób mi się bardziej podoba. I... wow, Zayn znów się odezwał, o mój Boże, asdfghjkl...
    Oczywiście nie byłabyś chyba sobą, jakbyś nie skończyła w takim momencie. I za to chyba mam ochotę na Cię udusić xD Ale nie bój się, oszczędzę Cię, bo dałaś nam kolejny świetny rozdział :)
    @fabrookslut

    +Przy okazji chcę przeprosić, że nie poinformowałam o zmianie usera, ale całkiem wypadło mi to z głowy ;-;

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaaa !!! Powiedział mu w końcu że jest w nim zakochany ! abdjcahocknaj *.*

    "- Jak możesz tak znęcać się nad kimś kto jest w Tobie zakochany?
    [...] - Zakochany? - po pomieszczeniu rozszedł się ciepły dźwięk.. zachrypnięty ton wyrażający zaskoczenie.
    [...] - Cholera odezwałeś się. - nie kontrolowałem tego, że mój głos był o ton wyższy i zabrzmiałem komicznie.
    Jego cichy śmiech.
    - Odpowiedz." kocham >>>>>>>>>>>>>>>

    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału ^.^ /@zosia_official



    OdpowiedzUsuń
  4. awwww cudowny nvdj.mglng<333333 czekam na kolejny
    jestem ciekawa co dalej :) @nxd69

    OdpowiedzUsuń
  5. O kurcze, nie myslalam ze historia Harry'ego bedzie TAKA... wow!
    Zayn sie znow odezwal yaaaay ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Po raz kolejny mam wewnętrzny rozpierdol spowodowany tym ff.


    Zayn, który w końcu się odezwał na historii Harry'ego chciało mi się ryczeć....
    Ale tak na 100% nie jestem pewna czy
    na pewno.Zayn ich podpalił...chociaż? Mam nadzieję, że Malik Harry'ego nie wyśmieje.

    Koniec pierdolenia! Dziękuję.rozdział cudny! Weny życzę x

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow odkrylam dzis ten blog i musze stwierdzic ze jest niesamowity. myślę że opowiadanie ma wywoływać różne emocje. twoje to zadanie spełnia niesamowicie. mam nadzieję że szybko piszesz nowa notke. :D

    OdpowiedzUsuń
  8. @merr116
    jak zwykle rozdział dnsjxxjswsxodb *.*

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak ja kocham to opowiadanie :) :) po prostu zabiłaś mnie tym rozdziałem. ! ☺ @swettycupcakes

    OdpowiedzUsuń
  10. Jebłam na zawał. Nie wierze nareszcie się odezwał (aaaaaaaaaaaaaaaa).
    Mam nadzieję że kolejny rozdział będzie niedługo:) bo jestem strasznie ciekawa jak potoczy się ich rozmowa. I kobieto napisz w końcu co się naprawdę stało z tym domem. Nie obraź się, że tak długo nie komentowałam ale byłam w szpitalu i nie miałam internetu :(
    Jeszcze raz przepraszam i pozdrawiam @234nata

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału?

    OdpowiedzUsuń