sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 20.





Harry

Nie było najmniejszej szansy na wrócenie do domu w taką pogodę. W duchu liczyłem cały czas, że zaraz przestanie urywać kawałki mokrego nieba i zrzucać nam na głowy, ale nie było to możliwe tego wieczoru. Koło 19 zdjąłem biały fartuch i zacząłem przygotowywać się psychicznie na silny wiatr, targający moje włosy. Nie miałem ochoty wychodzić. Wracanie do pustego mieszkania wydawało się nie warte konfrontacji ze strugami deszczu. Miałem dość tego, że gdzieś nad nami cały czas wisiał cień pożegnania. Jakby to, że nie mamy cienia prywatności nie było wystarczającym utrudnieniem życia. Jedyna godzina kiedy mogliśmy nie myśleć o tym, że jesteśmy w budynku szpitala psychiatrycznego, miała zostać nam odebrana za miesiąc. I co wtedy? Nie chciałem myśleć o tym, co zrobię i jak będę się czuł, kiedy to się skończy. Nie mogłem do tego dopuścić i musiałem przekonać Zayna i wszystkich którzy staną nam na drodze, do wyprowadzenia go z tego pozbawionego życia miejsca. Stanąłem przed swoją szafką i zacząłem przeszukiwać kieszenie. Byłem pewien, że wkładałem pęk kluczy do kieszeni spodni, po prawej stronie. W pomieszczeniu znajdowało się kilku innych pracowników, a ja rozglądałem się z nadzieją, że klucze nagle pojawią się na podłodze, pomiędzy przechodzącymi obok osobami.
Poczułem dłoń na swoim ramieniu i gwałtownie odwracając się, napotkałem spojrzenie Edwards.

- Rozmawiałam z kierowniczką, nie ma szans żeby wypuścić z budynku kogokolwiek w taką pogodę. - westchnęła, jakby przewidywała to od pierwszych kropli deszczu. - Komunikacja sparaliżowana co najmniej od godziny. Wylał pobliski potok, nie dostaniesz się do miasta. Harry, przepraszam ale nie mogę pozwolić Ci wyjść.
- Ehm.. Więc co mam zrobić? - byłem zaskoczony, ale jednocześnie odczułem ulgę, że nie będę musiał spotykać się dziś z chłodnym wiatrem.
- Pielęgniarze z nocnej zmiany już rozkładają na górze dodatkowe materace, zorganizowaliśmy też kilka koców, wygląda na to, że dziś wszyscy śpimy w świetlicy. - posłała mi lekki uśmiech. - Dopiszę w protokole, że zostałeś po godzinach, może pozwolą Ci odejść weekend wcześniej. Idź na górę Styles.
- A Ty?
- Ja spędzę tę noc ze swoim bratem, we wschodnim skrzydle, nie szukaj mnie na sali.

Odeszła zostawiając mnie z myślą "wcale nie chcę odchodzić wcześniej". Po kręgosłupie przebiegł ten znajomy chłód niepokoju, którego nie znosiłem.

***

Nie wiem jak długo leżałem w bezruchu wpatrując się w błyskawice, ale byłem prawie pewien, że jestem jedyną przytomną osobą na sali. Twardy materac położony zaraz przy drzwiach nie dawał choćby pierwiastka komfortu, a cienki koc na pewno nie pomagał zasnąć. Ponad czterdziestu pielęgniarzy, wolontariuszy, ochroniarzy i innych pracowników zapełniło salę. Moje upośledzone poczucie bezpieczeństwa w obcym miejscu, kazało mi zająć pojedynczy materac jak najbliżej słabo oświetlonego korytarza, w razie gdybym potrzebował szybko się stąd ewakuować. Po raz pierwszy odkąd przekroczyłem mury budynku poczułem, że jest mi gorąco. Skupisko ciężko oddychających osób w średnim wieku sprawiło, że powietrze stało się ciężkie i wilgotne. Z każdą minutą, coraz bardziej poirytowany, przekręcałem się z boku na bok, modląc się, żeby ta noc dobiegła końca. W którymś momencie nie wytrzymałem narastającej w płucach duszności i zdjąłem koszulkę, odrzucając ją gdzieś na podłogę. Noc w psychiatryku. Mogę to odznaczyć z listy zupełnie niepotrzebnych rzeczy, które kiedyś, jako nastolatek planowałem zrobić.  Zacisnąłem powieki i skupiłem się na głębokim oddychaniu do tego stopnia, że prawie nie usłyszałem odgłosu przekręcanego klucza w zamku, dobiegającego z korytarza za moimi plecami. Miękkie, powolne kroki zupełnie obudziły moją świadomość. Kiedy przycichły, jakby zaraz za mną, odwróciłem się i prawie krzyknąłem z zaskoczenia. 

- Zayn? - szepnąłem mrugając gwałtownie. - Co Ty tutaj robisz?

Bez zastanowienia podniosłem koc do góry i obserwowałem jak ostrożnie przekroczył skrzypiący próg. Dotarł do materaca i ze skupioną minął, jak najmniej hałasując usiadł, później wpakował się pod koc. Cale moje ciało przebiegł dreszcz spowodowany jego bliskością. Uwielbiałem kiedy odwiedzało mnie to uczucie, jakby skóra stawała się lekka pod jego wpływem, kiedy pozwalał mi oddychać swoim zapachem. Jego ręce przyczepione do moich ramion, jakby trzymały się w desperacji. Blada poświata lamp z korytarza oświetliła jego twarz i poczułem nutę niepokoju kującą mnie w płucach. Jak mogłem nie zauważyć. Jego oczy były tak podkrążone i sine.. Wyglądał jakby nie spał kilka nocy z rzędu. Przejechałem palcami po wystających kościach bladego policzka, wywołując lekko wymuszony uśmiech. Postanowiłem zrzucić to na słabe światło i zmęczenie. Przecież nic się nie dzieje, prawda?

- Musisz być bardziej uważny. - wyszeptał prawie niesłyszalnie, wprost do mojego ucha - Wykradnięcie ci kluczy było banalnie proste.
- Zayn wiesz, że będziemy mieć obaj przejebane jeśli ktoś się zorientuje. - powiedziałem to, czując bardziej rozbawianie niż zdenerwowanie. - Musisz zaraz wracać do pokoju. I oddawaj mi klucze. Nie mogłem dostać się do szafki, żebyś widział wzrok woźnej kiedy prosiłem o zapasowe. Jestem pewien, że powie o tym Perrie.

Zabrałem z jego dłoni klucze, starając się nie narobić hałasu i włożyłem do kieszeni spodni. Oczywiście chciałbym żeby został na całą noc i mógłbym wtedy obejmować go tak jak teraz, uspokojony i pewny, że nie boi się i jest bezpieczny. Chciałbym żeby jego oddech na mojej odkrytej szyi usypiał mnie, a dłoń powoli sunącą w dół i w górę po jego plecach sprawiała, że coś dobrego mu się przyśni. Niestety to było niemożliwe i ta myśl sprawiła. że jeszcze szczelniej owinąłem nas kocem i przyciągnąłem go do siebie splatając nasze nogi.
W końcu duszące uczucie niepokoju zniknęło z mojego ciała, nie pozostawiając po sobie nawet wspomnienia. Leżeliśmy w ciszy przez kilka przyjemnie długich minut wsłuchując w szum deszczu bijącego o okiennice.

- Mogę Cię pocałować?

Nie musiał o to pytać. Przeniosłem swoją dłoń na tył jego szyi i przyciągając go do siebie połączyłem nasze usta wstrzymując oddech. Bo tak właśnie było z Zaynem. Wstrzymywałem oddech chcąc zatrzymać to co mieliśmy, spowolnić wskazówki zegara, nie musieć się od niego oddalać, bo dotyk jego warg na moich wydawał się najwłaściwszą rzeczą na tym chorym świecie.

- Myślisz że jest dla mnie jakaś nadzieja? - wyszeptał niepewnie po chwili.
- Zawsze. Nie ważne jakie błędy popełniłeś kiedyś. Nic z tego nie jest ważne. Liczy się to kim jesteś teraz i kim zamierzasz być. - przeciągnąłem palcami przez jego potargane włosy uśmiechając się, choć nie mógł mnie zobaczyć. - A ja pomogę Ci być najlepszą wersją Ciebie. Jeśli tylko chcesz. - Ty pomagasz mi w tym każdego dnia, dodałem w myślach.
- Wtedy w izolatce... - wspomnienie nieprzytomnego chłopaka sprawiło, że chciało mi się krzyczeć. - zdałem sobie sprawę, że nie tutaj powinienem być. Może.. Ja wiem, zrobiłem coś, czego nigdy sobie nie wybaczę, ale.. - Jego szept nagle jakby wyblakł i po dłuższej chwili ciszy pomyślałem, że nie podejmie tematu. - Harry, nie chcę tutaj zostać do końca życia. Jeśli znów zrobię coś co im się nie spodoba, co mi zrobią? Nie zniosę znów tego uczucia niemocy w swoich żyłach, a tutaj czuję zło codziennie. Jakbym nigdy już nie mógł niczego. Jakbym nie miał prawa do życia. Jakbym nie mógł oddychać. - zacisnął dłoń w pięść i uderzył lekko moje ramię.
- Zayn.. - zobaczyłem łzę spływającą po jego policzku i nachylając się pocałowałem to miejsce, czując w ustach słony smak. - Wiesz, że to nie prawda. Ty, Danielle, Cecilia.. nawet Ed, nie musicie tutaj być, jeśli wyzdrowiejecie, prawda? Ktoś was tutaj wsadził z takiego czy innego powodu, diagnozy.. Ale przecież wszystko można zmienić. Może gdybyśmy.. złożyli wniosek o wypuszczeniu Cię? - zacisnąłem ręce wokół niego jeszcze mocniej. - Może gdyby poddali Cię jakimś badaniom i stwierdzili, że.. nic Ci już nie jest i.. no nie wiem..
- Skąd wiesz, że nic mi nie jest.

W tych kilku wyszeptanych słowach poczułem coś, czego nie zobaczyłem w nim nigdy. Skąd wiedziałem? Zabił swoją rodzinę, nie był zdrowy. Czy ja jestem zdrowy, podejmując takie decyzje? Jestem zdrowy wybierając właśnie jego jako kotwicę swoich myśli? W tym momencie chciałem być głupi i ślepy, nie myśleć o konsekwencjach. Samolubnie go stąd wyprowadzić, zamknąć w uścisku na kanapie i nauczyć go na nowo życia. Taki kurs obrały moje wszystkie pragnienia i nie zamierzałem z tym walczyć, musiałem mieć jakiś cel.

- Danielle mówiła mi kiedyś - przerwał moje rozmyślania. - że nigdy nie chce wracać do życia poza murami szpitala. Mówiła, że tutaj jest bezpiecznie i już się nie boi. - jego oczy zaświeciły wraz z błyskawicą przecinającą niebo. - Ja się boję. Cały czas. Czuję się niepewnie, nie chcę przebywać z tymi ludźmi, oni mnie duszą, wszystko mnie dusi, oprócz Ciebie..
- Obiecuję. - pocałowałem go w czoło i przyciągnąłem najbliżej siebie jak tylko mogłem. - Kiedyś zapomnisz, że w ogóle tutaj byłeś.

Wraz z upływem czasu deszcz coraz słabiej uderzał o szyby świetlicy. Jakby z każdą godziną ubywało mu siły i zapału żeby dostać się do środka. Od kilkunastu minut.. A może minęła już godzina. Nie odezwaliśmy się ani słowem. Wiedziałem że powinien już pójść zanim ktoś zorientuje się, że nie ma go w pokoju ale... Bałem się uczucia samotności, nie chciałem żeby zniknęło jego ciepło. Kiedy tak wsłuchiwałem się w słabnący deszcz poczułem jak stopniowo senność zaciska wokół mnie palce. Byłem pewien, że Zayn już zasnął bo od jakiegoś czasu jego oddech na moich obojczykach stał się miarowy i głęboki. Kiedy postanowiłem oddać się ciemności całkowicie usłyszałem wypowiadane prawie niesłyszalnym szeptem swoje imię. Mruknąłem ciche 'Hm?' w odpowiedzi, pewny że już śnię.

- Chyba Cię Kocham.

Pod powiekami ujrzałem jeszcze ostatni błysk pioruna i pozwoliłem sobie odpłynąć.

***

Louis.

Wiedziałem, że skazałem się na ból w momencie, w którym przekroczyłem próg ośrodka. Byłem zdenerwowany przy recepcji, kiedy żegnałem się z Niallem i Eleanor. Telefon, plecak, kolczyki, zegarek, buty. Trzęsłem się, gdy kazali mi oddać wszystkie swoje rzeczy na tygodniowe przechowanie, rozebrali do naga i jakbym nie był już wystarczająco potraktowany jak śmieć, rzucili w twarz wiązaną po bokach szmatą z poliestru, która ledwo zakrywała mi jaja. Tygodniowa izolatka. Te słowa brzmiały jak wyrok. Nie wiedziałem co mnie czeka, nigdy nie googlowałem "odwyk" ani nic z tych rzeczy. Byłem jednak pewien, że wpędziłem się w piekło. Kiedy zamykali za mną drzwi do najbielszego pokoju na ziemi w głowie miałem tylko jedną myśl, która miała mnie niszczyć przez cały cholerny tydzień. Muszę coś wziąć bo zwariuję. 

Chodziłem w kółko od długiego czasu, właściwie bez celu obijając się o białe ściany. W co ja się wpakowałem. Zorientowałem się, że zdrapałem przedramiona do krwi dopiero kiedy odbiła się ona plamą w miejscu którego właśnie dotknąłem. Dlaczego? 
Dlaczego wszystko spierdoliłem i nie ma go tutaj ze mną. Nie. Dlaczego ja muszę tu być, a nie z nim. Czego potrzebowałem w życiu, co było warte stracenia go? Ale to dobrze, nie musi teraz patrzeć na to wszystko i nigdy już nie będzie musiał. Nie wiem w którym momencie upadłem i zacząłem płakać.

Leżałem na swoim pojedynczym łóżku wpatrując się w najbielszy sufit jaki widziałem w swoim życiu, myśląc zupełnie o wszystkim. Jakby nagle moje myśli zmieniły się w irytujące stworzonka z megafonami i zaczęły wykrzykiwać w moją stronę każdą rzecz o jakiej chciałem zapomnieć. Najgorsze uczucie na świecie, kiedy twój własny mózg nie chce się zamknąć. Ból głowy nasilił się do tego stopnia, że czułem żyły pulsujące na swoich skroniach. Chciałem złapać się za nie i zacząć krzyczeć ale.. nie miałem siły poruszyć nawet małym palcem. Jakby uleciało ze mnie całe życie i szczęście, nie pozostawiając nawet pożegnalnego listu. Zastąpiło je wyczerpanie i smutek pozbawiony łez.

Minęło kilka dni. Może nie, tylko godzin, lub minut. Nie wiem, równocześnie mogła to być jedna sekunda. Miałem wrażenie, że wycinano mi z głowy kawałki świadomości. Ktoś był w tym pomieszczeniu, czułem czyiś dotyk, słyszałem słowa, coś się działo. Nie wiem co.
Ból nie był już uczuciem, bardziej stanem w który wpadło moje ciało i nie miałem cienia nadziei, że kiedykolwiek z niego wyjdzie. Mógłbym przysiąc, że mogę poczuć niewygodną obecność każdej kości w swoim ciele, każdej żyły, mięśnia. Wiedziałem też, że jedyne co mogłoby mnie teraz uratować. to igła wprost w zgięcie łokcia lewej ręki wypełniona trucizną, którą uwielbiałem. Niestety była to też najbardziej nieosiągalna w tej chwili wybawicielka. Pozostało cierpieć dalej. 

Piątego dnia przyszła do mnie kobieta z maską na twarzy. A może po prostu tak wyglądała. Krzywiła się do mnie jakbym zrobił coś jej dziecku, którego pewnie nigdy nie będzie mieć, bo była na to zbyt brzydka. Tak na prawdę tego nie wiedziałem, bo nie otworzyłem nawet oczu. Bredziła coś o smrodzie, o tym że nie tknąłem jedzenia. Podejrzewała nawet że nie żyję. Musiałem zaskoczyć ją przeciągłym krzykiem, kiedy gwałtownie podniosła mnie do pionu wraz z łysym osiłkiem. W głowie zawirowało mi do tego stopnia, że nie mogłem utrzymać się na nogach. Chyba zawlekli mnie do łazienki. Woda na mojej skórze wydawała się mieć inną konsystencję niż kiedyś, wydawała się mieć zapach i nie byłem pewien czy w ogóle była wodą. Zamykanie i otwieranie oczu nie wychodziło mi za dobrze.

Przez wszystkie te dni światło nie gasło, to było jeszcze trudniejsze w rozpoznawaniu kiedy się kończą. Ta sama pielęgniarka, która zmusiła mnie do poruszenia się z miejsca wczoraj siedziała teraz na przeciwko mnie i wciskając mi łyżkę w dłoń mówiła żebym jadł. Desperacko próbując zapełnić pustkę w sobie która zżerała mnie od środka zatopiłem ją w talerzu czegoś zupo-podobnego, mającego smak soli. Zajęło chwilę zanim pochłonąłem cały talerz, a kobieta mnie za to pochwaliła, jak w przedszkolu. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to nie jedzenia potrzebowałem do wypełnienia w sobie ssącej przestrzeni. Z salwą dreszczy zwymiotowałem na stół. Mam nadzieję, że też na pielęgniarkę. Byłem aż tak słaby? 

Drżący każdy nerw, tępy ból, ogłuszające dźwięki, rozpływający się obraz... Uczucie niewyobrażalnej paniki i desperacji o każdy oddech.
Nagle jakby wszystko odchodziło. Po raz pierwszy od wieczności miałem w głowie pustkę i to było najcudowniejsze uczucie na świecie. Dźwięk ciszy przemieszany z powolnym biciem własnego serca prawie pomógł mi zasnąć. Drżałem z zimna przez resztę dnia, jakby to nigdy nie miało się skończyć. Otępienie zawładnęło mną na tyle, że prawie nie zauważyłem kiedy drzwi otworzyły się ponownie. Włożyłem całą swoją siłę w podniesienie się do pozycji siedzącej i nie zwymiotowanie ponownie. Suchość w ustach przyćmiła mnie zaciskając mój podrażniony przełyk. Wtedy usłyszałem "Najgorsze za Tobą, możesz wracać do żywych Louis". Chyba nawet westchnąłem z ulgą. 

___________________________________________________________

Powinnam się tłumaczyć, że trwało to tak długo i nie jest wystarczająco dobre?

ZAWIESZAM TO OPOWIADANIE na czas nieokreślony.

Tak, z tego z pewnością powinnam się wytłumaczyć.
Piszę, staram się, myślę o tym, często zarywam noce, kasuję wszystko i piszę od nowa, żeby było jak najlepiej.
Publikując poprzedni rozdział byłam cholernie z siebie zadowolona. Nie wiem, może tylko dla mnie był on ważny, wyjątkowy, dobry. Czekałam z niecierpliwością na jakiekolwiek reakcje z waszej strony, jakby nie patrzeć piszę to dla was. Gdybym chciała pisać dla siebie i nie znać opinii innych, pewnie nigdy nie założyłabym tego bloga, ale jednak to zrobiłam, oczekując.. sama nie wiem czego.
Początki były bardzo dobre, dużo komentarzy, dużo wyświetleń, nawet zanim zaczęłam publikować 'właściwe rozdziały'. Teraz nie ma nic z tych rzeczy. I nawet nie czuję już tej historii.
Widząc na innych blogach "Nie dodam kolejnego dopóki nie będzie xx komentarzy" myślałam sobie, co za pojebane laski, zależy im tylko na liczbie kom. Dopóki nie zaczęłam pisać sama.
O co mi chodzi?
Na liście informowanych mam usery 40+ osób, pod ostatnim rozdziałem, po miesiącu uzbierało się zaledwie 8 komentarzy. Gdzie są wszyscy? Rozumiem, ja też nie zawsze komentuje ff które czytam, ale to nie jest pierwszy raz i nie podjęłam tej decyzji na podstawie ostatniego rozdziału.
Wiem, nie jestem osobą która trzyma się jakichkolwiek terminów, rozdział jest, kiedy czuję że napisałam coś, co chcę opublikować. Nie chciałam nigdy pisać na czas, a ostatnio jedyne co otrzymuję z waszej strony to pretensje, że za długo czekacie.
Powiem jedno: ja też czekam. Zawsze czekam na wasze opinie, zawsze zastanawiam się nad każdym najmniejszym pomysłem który pozostawicie, zawsze poprawiam co wam się nie podoba i uwielbiam czytać miłe słowa. Jeśli nie ma żadnej z tych rzeczy, po co mam pisać? Dla kogo? Nawet nie mam już pewności, czy kogokolwiek to na prawdę interesuje.

Dziękuję osobom które kiedykolwiek wysiliły się na coś więcej niż "omg jakie to fajne asdfghjhgf <3"

Podsumowując. Opowiadanie jest zawieszone na czas nieokreślony z powodu drastycznego spadku zainteresowania nim z waszej strony. Może stało się nudne, może nie jestem dobra w tym co robię, nie wiem. Na pewno je zakończę. Od was zależy kiedy i jak.

+ standardowo, jeśli interesuje Cię kolejny rozdział, chcesz wiedzieć kiedy opowiadanie będzie kontynuowane, zostaw nazwę tt w komentarzu.

Do osób które jadą na koncert Eda : WIDZIMY SIĘ ZA TYDZIEŃ ♥